Pusta karta, tak wiele do opowiedzenia. Dawno już nic nie pisałam, nie wiem dlaczego... może w obecnej sytuacji boję się okazywać uczucia, boję się że zranie tak boleśnie jak sama jestem zraniona. Nauczyłam się nie mówić o tym co czuje. Tak było łatwiej, poprostu trwać w przestrzeni i czasie, nie musieć się zdobywać na odwagę by powiedzieć co boli. Ale teraz jest mi z tym tak źle, że już prawie nie wytrzymuje. Niby wszystko jest ok, ale nikt nie zna mojej duszy, jej cierpienia, nikt nie słyszy wołania o pomoc. Czyżbym aż tak dobrze umiała kryć się ze swoim bólem, czy też może otaczają mnie sami głupcy. Nigdzie nie mogę mówić o swoim bólu dlatego robię to tutaj, nie dla tzw. publiki, lecz dla samego faktu, że gdzieś to pisze, że jest jakaś minimalna szansa, że jakis głupiec z moje otoczenia kiedyś to przeczyta i może, kiedy nie będzie jeszcze za późno, może mi pomoże.
Tylko czy ja chcę tej pomocy, może właśnie o to chodzi, uciekam od mądrych ludzi, którzy by mi pomogli a lgnę do tych którzy nie wiedzą o mojej potrzebie udzielenia mi pomocy.
Tak ciężko mi prowadzić normalne życie, cieszyć się tym co mam. Takbardzo chce mi się teraz płakać... Tak bardzo chce mi się zrobić coś głupiego i totalnie nieodpowiedzialnego, ale wyrzuty sumienia wobec tych których kocham nie pozwalaja mi na to.
Bylam u psychologa, raz, w summie to dwa, ale za pierwszym razem chyba stchurzyłam, nie pamiętam dokładnie, miałam wtedy może z czternaście lat. Drugi raz w te wakacja, w zasadzie nie byłam tam z własnej woli lecz z przymusu, nie ważne, nawet przed tym psychologiem udawałam, że wszystko jest ok. Nie wiem dlaczego nie powiedziałam, że potrzebuję pomocy i to natychmiast. Nie lubię mówić o swoich uczuciach, o tym co mnie tak straszliwie boli. Teraz oczywiście też tego nie robię, piszę o tym. Psycholoszka zapytała mnie "jak sobie pani z tym radzi, często ludzie po takich tragediach, chodzą na jakieś terapie... korzystała pani kiedyś z pomocy psychologa?" a ja nic, cała spocona z nerwów (dobrze, że było gorąco, pomyślała zapewne, że to od tego) powiedziałam, że nie że jakoś sobie radze i że nie nigdy nie korzystałam z pomocy psychologa. Nie mam pojęcia dlaczego tak zrobiłam, zamiast powiedzieć: nie radze sobe, w żadnej dziedzinie życia i z żadnym problem, rozwiązuje go za mnie życie, zawsze jakoś się tak układa, że wychodzi z korzyścią dla mnie. Mówią, że to Bóg, akurat.
Tylko czy ja chcę tej pomocy, może właśnie o to chodzi, uciekam od mądrych ludzi, którzy by mi pomogli a lgnę do tych którzy nie wiedzą o mojej potrzebie udzielenia mi pomocy.
Tak ciężko mi prowadzić normalne życie, cieszyć się tym co mam. Takbardzo chce mi się teraz płakać... Tak bardzo chce mi się zrobić coś głupiego i totalnie nieodpowiedzialnego, ale wyrzuty sumienia wobec tych których kocham nie pozwalaja mi na to.
Bylam u psychologa, raz, w summie to dwa, ale za pierwszym razem chyba stchurzyłam, nie pamiętam dokładnie, miałam wtedy może z czternaście lat. Drugi raz w te wakacja, w zasadzie nie byłam tam z własnej woli lecz z przymusu, nie ważne, nawet przed tym psychologiem udawałam, że wszystko jest ok. Nie wiem dlaczego nie powiedziałam, że potrzebuję pomocy i to natychmiast. Nie lubię mówić o swoich uczuciach, o tym co mnie tak straszliwie boli. Teraz oczywiście też tego nie robię, piszę o tym. Psycholoszka zapytała mnie "jak sobie pani z tym radzi, często ludzie po takich tragediach, chodzą na jakieś terapie... korzystała pani kiedyś z pomocy psychologa?" a ja nic, cała spocona z nerwów (dobrze, że było gorąco, pomyślała zapewne, że to od tego) powiedziałam, że nie że jakoś sobie radze i że nie nigdy nie korzystałam z pomocy psychologa. Nie mam pojęcia dlaczego tak zrobiłam, zamiast powiedzieć: nie radze sobe, w żadnej dziedzinie życia i z żadnym problem, rozwiązuje go za mnie życie, zawsze jakoś się tak układa, że wychodzi z korzyścią dla mnie. Mówią, że to Bóg, akurat.
Gdybym miał niebios wyszywaną szate
Z nici złotego i srebrnego światła,
Ciemną i bladą, i błękitną szatę
Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach.
Z nici złotego i srebrnego światła,
Ciemną i bladą, i błękitną szatę
Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach.
W.B. Yeats
Tagi:
.
20.09.2010 o godz. 22:58
komentuj (0)


